wtorek, 31 stycznia 2017

Fragment 6 - Dom?


  Nie rozpoznawałam tego miejsca. Ujrzałam jasno oświetlone mieszkanie, ale coś mi w tym nie pasowało. To światło było nienaturalne. Jego źródło pochodziło z kołyski, w której leżało malutkie dziecko. Podeszłam bliżej, nogi miałam jak z waty. Na niebieskim kocyku leżała dziewczynka, miała chyba kilka miesięcy. Spała z dłońmi złożonymi na kołderce. Jej skóra promieniowała, przypominała trochę świetlika. Nigdzie nie dostrzegłam rodziców małej. „Moich rodziców” - skarciłam się w myślach. To wspomnienie należy do mnie. Chcąc się rozejrzeć, skierowałam kroki do  drugiego pokoju, gdy nagle wszystko zaczęło się rozmywać. Usiłowałam zostać w tej chwili, ale gdy otworzyłam oczy, znów siedziałam w saloniku opodal kuchni. Westchnęłam. Właśnie straciłam szansę na zobaczenie tych, którzy mnie stworzyli. Przygnębiona, zerknęłam na zegarek wiszący przy drzwiach do kuchni. Była północ. Nie paliłam się zbytnio do wylądowania w Krainie Umarłych, ale musiałam iść spać, skoro mam się spotkać z Axelem w południe. Westchnęłam i poszłam do swojego pokoju. Przebrana w piżamę, umyta i uczesana zawinęłam się pod kołdrą z mieczem i sztyletem u boku. Może tym razem przejdę przez Wrota.

     Biegłam, coraz szybciej i szybciej, czując na karku zatęchły oddech Rothana. Już widziałam zarys drzwi, gdy usłyszałam trzepot ogromnych skrzydeł demona. Już po chwili wylądował mi na plecach, wbijając pazury w ramiona. Z krzykiem zamachnęłam się mieczem, raniąc sługę Pana w pierś. Odskoczył wyjąc, a ja z trudem stanęłam na nogi.

- To nic ci nie da dziewczyno – zacharczał potwór. – Wkrótce zaniosę cię do Mistrza i dasz nam władzę nad Dworem. Po co się opierasz przed nieuniknionym?

- Sama kieruję swoim losem. Nigdy nie stanę się demonem!

To mówiąc zaszarżowałam na Rothana, a ten nie spodziewając się takiego zagrania, nie zdążył uskoczyć przed ostrzem. Kolejna rana wykwitła na jego przedramieniu. Wściekły, rzucił się na mnie z kłami. Jego oczy wręcz płonęły żądzą mordu i… chorym pożądaniem. Sparaliżowana mroczną siłą jego wzroku, pozwoliłam się powalić. Jego szpony boleśnie wbiły mi się w nadgarstki, skutecznie unieruchamiając. Uśmiechnął się szeroko, a jego sine wargi zaczęły pękać. Kły wydłużyły się, krew Rothana była czarna i kapiąc na moją piżamę, wypalała dziury. Demonowi to nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie. Pochylił się nade mną, skrzydła załopotały złowieszczo. Czułam świszczący, szybki oddech i kropelki kwasu na płatku ucha. Ból mnie otrzeźwił, zaczęłam wierzgać nogami, próbując kopnąć potwora. Usłyszałam głos wwiercający się w moje myśli, niemal drżący z poekscytowania: Pożrę cię żywcem mała, powoli, tak, abyś czuła każdy odrywany kawałek skóry. Zerwę twoje paznokcie i będziesz krzyczeć i krzyczeć, a gdy zabraknie ci sił na krzyk, zrobimy przerwę, a potem znów… Rothan odgryzł mi kawałek ucha, a ja wrzasnęłam. Niemal czułam jego śmiech. Wiłam się, kopałam, próbowałam sięgnąć miecza, ale upadł zbyt daleko. „To koniec” – dotarło do mnie. Łzy stanęły mi w oczach, choć nie wiedziałam, czy to z bólu, strachu, smutku lub wszystkiego na raz. Kolejny krzyk wydarł się z moich ust, gdy Rothan zatopił zęby w zagłębieniu obojczyka, odrywając spory kawałek skóry i mięśni. Szarpnęłam się i nagle coś we mnie zawrzało. Dłonie zaczęły piec, usłyszałam syk palonego ciała. To nie ja byłam poparzona, ale demon. Odskoczył ode mnie, zawodząc. Zerwałam się z ziemi, chwyciłam miecz i zamachnęłam się, celując w serce potwora.

niedziela, 13 listopada 2016

Fragment 5 - wspomnienia



Nikt nie zwrócił na mnie uwagi, co mnie ucieszyło. Zaczęłam rozglądać się w poszukiwaniu czegoś ciekawego. Pozycje, które widziałam, były dość stare, co dodawało im uroku. Zdążyłam już kompletnie odpłynąć w znany mi świat ( a przede wszystkim bezpieczny), gdy usłyszałam ciche westchnięcie chłopaka za moimi plecami.

- Nie musisz mi dotrzymywać towarzystwa. – Mruknęłam i wróciłam do czytania tytułów.

- Muszę, skoro chcesz iść jeszcze do kawiarni, a ciężko tam trafić. Wybierzesz coś wreszcie?

Uśmiechnęłam się pod nosem i wzięłam do ręki interesujący mnie tom. Gdy stałam w kolejce doznałam nagłego olśnienia:

- Nie mam pieniędzy! – Jęknęłam. Azphel pomyślał o daniu mi arsenału rodem z średniowiecza, ale żadne z nas nie wpadło na zabranie kilku dolarów. Zrezygnowana, ruszyłam w kierunku półek, aby odnieść książkę, ale Axel wyrwał mi ją i podszedł do sprzedawcy. Gdy zapłacił, wręczył mi zdobycz z uśmiechem.

- W zamian odpowiesz na jeszcze kilka pytań.

Skinęłam głową i zawstydzona swoją głupotą poszłam za nim w kierunku kafejki. Nie minęło 5 minut, gdy moim oczom ukazał się mały budynek ze stolikami na zewnątrz, pod starym daszkiem. Usiedliśmy przy jednym z wolnych (de facto oprócz nas w kawiarni były jeszcze całe trzy osoby, z nosami w monitorach laptopów). Zerknęłam w oczy chłopaka, które z początku wydały mi się piękne. Teraz były jednak mniej tajemnicze i ciemniejsze. Na dalszy ciąg przesłuchiwań nie musiałam długo czekać.

- Ile masz lat?

- 15. A ty?

- 16. Chciałabyś coś zamówić?

- Nie, nie jestem głodna.

Była to prawda, poza tym nie chciałam, żeby znów za mnie płacił. Co uświadomiło mi, że muszę jakoś oddać mu pieniądze.

- Gdzie mieszkasz? Chciałabym ci zwrócić za książkę. Nie musiałeś mi jej kupować.

- Nie wygłupiaj się. Ten tom nie był wiele wart, poza tym głupio by było tyle szukać i się zastanawiać, żeby wrócić z pustymi rękami do domu.

Znowu uśmiechał się w ten charakterystyczny sposób. Zadowolony kot.

- Masz może ochotę wyjść ze mną jutro i lepiej poznać miasto? Nie zawsze będę w pobliżu, żeby robić za przewodnika.

Zmusiłam się, żeby nie parsknąć śmiechem. Randka? Och, gdyby tylko wiedział, jak porąbane jest moje życie… Ale miał rację, powinnam poznać lepiej to miejsce.

- O której i gdzie chcesz się spotkać?

- Tak jak dzisiaj, w autobusie. Pokażę ci naprawdę ciekawe zakątki tego odludzia.

Axel nawet nie krył zadowolenia z tego, że się zgodziłam. Cały w skowronkach odprowadził mnie na przystanek, a sam poszedł przed siebie.

     Gdy weszłam do domu, Azphela nie było. Przyzwyczajona do tego stanu rzeczy, wzięłam z lodówki wcześniej przygotowane kanapki i poszłam do swojego pokoju na piętrze. Tak naprawdę prędzej nazwałabym to strychem. W każdym razie pokonałam ostatni skrzypiący stopień, by położyć się na łóżku i zagłębić w lekturze. Chociaż sprawiałam wrażenie chłodnej osoby, uwielbiałam romanse, dramaty, obyczajówki i kryminały. Tym razem przeniosłam się do Rosji i razem z księciem Myszkinem poznawałam na nowo ludzi. Zanim się zorientowałam, minęła 21. Zmęczona, odłożyłam książkę na szafkę nocną i podreptałam do kuchni przeciągając się. Odgrzałam kurczaka w małym piekarniku i usiadłam przy stole. Jedząc, zastanawiałam się, co robi Azphel, gdy go nie ma. Pytałam już o to wiele razy, ale zawsze mówił „To nie ma znaczenia, czasem lepiej nie wiedzieć”. Oczywiście, taka odpowiedź sprawiała, że byłam jeszcze bardziej ciekawa jego zajęć. Niestety, żadne próby wyciągnięcia informacji z tego ponurego mężczyzny(?) nie przynosiły skutków. Ogólnie mało mówił o swojej przeszłości. Myśl o Azphelu przypomniała mi, że powinnam dzisiaj pomedytować, bo na trening było już zbyt późno. Usiadłam w towarzystwie wątłych płomyków świec i odeszłam daleko w czeluści mojego umysłu.
                Unosiłam się w ciemności, jak zwykle. Cisza, spokój, wraz z każdym kolejnym wdechem wchodziłam w głębszy trans. Nagle poczułam coś dziwnego, jakby w moim mózgu pewna rzecz zaskoczyła, była na właściwym miejscu. Zamiast pustki zobaczyłam sierociniec. Widziałam 6-letnią siebie, siedzącą w kącie świetlicy. Podchodzi do mnie grupka dzieciaków i śmieją się. „Dziwadło” ,”Głupia smarkula”. Nie chcę tego słyszeć. Zaciskam mocno powieki w obronie przed wspomnieniami. Gdy je otwieram, widzę korytarze starej szkoły. Odnajduje siebie, zaczytaną w jakiejś książce fantasy. Miałam jeszcze długie włosy i byłam nieświadoma swojego pochodzenia. Uśmiechnęłam się smutno, tęskniąc za tamtym czasem. Po chwili przeniosłam się do innego wspomnienia.

poniedziałek, 31 października 2016

Fragment 4 - natręt



Sięgałam właśnie po sztylet od Azphela, kiedy usłyszałam oburzony krzyk:
- Hej! Puść mnie, chciałem ci tylko oddać notes!                         
Pomogłam Axelowi wstać, przepraszając. ''Muszę przestać uderzać każdego, kto mnie zaskoczy.'' - Pomyślałam.
- Dziękuję za notes. Na przyszłość, nie zachodź ludzi od tyłu. Mogłeś skończyć gorzej, niż na ziemi.
- Ktoś tu pokazuje pazurki.
Chłopak uśmiechnął się zawadiacko, ale ja już szłam dalej, wkładając notes do plecaka. Na moje nieszczęście, Axel dalej szedł za mną.
- Uczepiłeś się jak rzep psiego ogona. - Mruknęłam. To od początku był zły dzień. A dopiero dochodziła 13.
- Pójdę, jak odpowiesz na moje pytania.
- Żadnego nie zadałeś. - Ta uwaga wywołała tylko uśmiech na twarzy Axela.
- Czemu nie chodzisz do szkoły i rysujesz demony zamiast tak przystojnych modeli jak ja? Marnujesz swój bezsprzeczny talent.
Parsknęłam śmiechem. Chłopak był niemożliwy.
- Az... Alan uważa, że nie muszę uczyć się w gimnazjum i wiesz, nie jesteś tak przystojny jak myślisz.
- Ale jednak mnie narysowałaś.
Wzruszyłam ramionami. Szłam dalej, aż natrafiłam na ślepy zaułek. Westchnęłam cicho.
- Nie znasz miasta?
W głosie Axela nie usłyszałam drwiny, co mnie pocieszyło. Nie był taki zły.
- Mieszkam niedaleko od niedawna. Dzisiaj postanowiłam się tu rozejrzeć. Wiesz możę, czy jest tu gdzieś księgarnia lub kawiarnia?
- Oczywiście, znam to miasteczko jak własną kieszeń. Zaprowadzę cię gdzie zechcesz, ale coś za coś mała. 
Uśmiechał się przebiegle, jak kot, który widzi ofiarę, ale chce się jeszcze pobawić. Miałam złe przeczucia. Poza tym, wcale nie byłam mała.
- Czego chcesz?
- Ale czemu zaraz tak ostro. Opowiedz mi trochę o sobie. Najpierw książki czy ciacha?
Przyjrzałam się uważnie Axleowi. Nie wydawał się mieć złych zamiarów. Chyba był szczerze zainteresowany moim życiem, co z kolei było dziwne. Westchnęłam i odparłam:
- Książki. Co chcesz wiedzieć?
Chłopak zademonstrował swój nieskazitelny uśmiech i gestem kazał iść za sobą. W jego oczach widziałam iskierki radości, jak u dzieciaka. W sumie, mężczyźni nigdy mentalnie nie wychodzili poza osiem, góra dziesięć lat. Po chwili cudownej ciszy nastąpiła seria pytań.
- Gdzie mieszkasz?
- Za miastem, na odludziu.
- Czemu tak daleko?
- Lubię świeże  powietrze.
- Od jak dawna tu jesteś?
- Dwa tygodnie.
- Ulubione hobby?
Lekko mnie zaskoczył. Nie widziałam związku z poprzednimi pytaniami. No i nie lubiłam natarczywości.
- Rysowanie i czytanie. Czemu chcesz to wszystko wiedzieć?
Wydawało mi się, że przez jego twarz przemknął cień, ale odpowiedział jak zawsze z lekkim uśmiechem.
- Bo jesteś interesująca, a ja ciekawski. Co lubisz czytać?
- Kryminały. A ty?
- Fantastykę. Chciałbym kiedyś znaleźć się w takim świecie.
Spuściłam wzrok. Kiedyś myślałam podobnie, ale w tej chwili marzę o normalności. Żadnych demonów, walk i dziwnych snów.
- Jesteśmy na miejscu. Oto jedyny sklep z literaturą w naszym miasteczku.
Głos Axela wyrwał przywrócił mnie do rzeczywistości. Rzuciłam okiem na księgarnie – była mała, zbudowana ze starego drewna. Napis na szyldzie już dawno temu zardzewiał. Przez okno widziałam kilkoro ludzi i masę książek na regałach. Gdy weszłam do środka, rozległ się dźwięk dzwonka.

Fragment 3 - Axel



        Po 3 godzinach pompek, brzuszków i sparingu z drzewem byłam pozytywnie zmęczona. Lubiłam wysiłek fizyczny, pozwalał mi się uspokoić. Wróciłam do środka. Usiadłam na podłodze, zapaliłam świece i oddałam się medytacji. Azphel kazał mi to robić jak najczęściej, ale nie wiem czemu. Kiepski był z niego rozmówca. Unosząc się w pustce swoich myśli, nie usłyszałam otwierających się drzwi. Gdy ktoś położył mi rękę na ramieniu, odruchowo podskoczyłam i kopnęłam intruza w brzuch. Oto efekty treningu. Azphel zgiął się w pół. Pomogłam mu usiąść.
- Zaskoczyłeś mnie, przepraszam. Nic ci nie jest?
Pokręcił głową, wciąż lekko się krzywiąc.
- Niezły cios, mała.
- Miałeś mnie tak nie nazywać. - Odburknęłam i poszłam do kuchni. Wróciłam z szklanką wody, podając ją mężczyźnie. Na jego twarzy widniał zbłąkany uśmiech. Nieczęsto miałam okazję go widzieć. Czar prysł, gdy mój opiekun zobaczył rany na plecach. Spoważniał i wstał z fotela.
- Znowu Rothan? Mocno cię zranił?
- Nie, to tylko zadrapanie. Po raz kolejny pilnował Wrót, a byłam już tak blisko... Jak mam w ogóle z nim walczyć? Nawet nie mam żadnej broni. Czemu ty nie przeprowadzisz mnie przez Karinę Umarłych?
Azphel westchnął i spojrzał mi głęboko w oczy. Nigdy nie widziałam tak smutnego wzroku.
- Nie mam wstępu na Dwór. Zawiodłem jako Anioł Stróż i teraz muszę żyć w tym świecie, będąc chłopcem na posyłki. Otrzymałem najważniejsze zadanie - chronić ciebie. To moja jedyna szansa na powrót. Przykro mi, że nie mogę bardziej pomóc. Mam jednak rozwiązanie na twój problem z Rothanem.
Minął mnie i podszedł do dywanika leżącego przy regale. Gdy odsunął go stopą, ujrzałam klapę w podłodze. Azphel otworzył ją i wyjął coś długiego, zawiniętego w lnianą szmatę.  Położył pakunek na stoliku, gestem zachęcając mnie do odpakowania z materiału.
        Moim oczom ukazał się na pozór prosty miecz, jednak klinga była ozdobiona runicznymi symbolami, których nie znałam. Rękojeść miała motyw winorośli, wykonana z żelaza porytego skórą. Nie znalazłam pochwy.
- Jeśli zaśniesz z nim w ręku, pojawi się w Krainie Umarłych. Może zranić demona, ale nie Pana. Mam nadzieję, że się sprawdzi.
Uradowana uścisnęłam szybko Azphela ( wiedziałam, że tego nie lubi, ale raz na jakiś czas mu to nie zaszkodzi ) i pobiegłam wypróbować miecz. ,,Biedny dąb.'' - Pomyślałam. Pod czujnym okiem opiekuna po dwóch godzinach już jako tako umiałam wyprowadzać cięcia. Sztychy szły mi gorzej, ale nie miałam już siły na ćwiczenia. Usiadłam na trawie, z ulgą zauważając, że plecy całkiem się już zagoiły.
- Dlaczego właściwie mam medytować? - Zapytałam tchniona nagłą myślą.
- Jest szansa, że dzięki medytacji uzyskasz kontrolę nad swoją duszą i będziesz mogła wykorzystać energię do walki. Jednak to niebezpieczne, nie wiem też, czy w ogóle możliwe w twoim przypadku.
Zamyśliłam się. Coraz częściej czułam się wykluczona. Dziwna. Pół anioł, pół demon i w niewielkiej miarze człowiek. Czyli właściwie kto?
         W sierocińcu zawsze trzymałam się na uboczu, inne dzieciaki wolały omijać mnie szerokim łukiem. Podobnie miała się sytuacja w gimnazjum. Azphel jako mój opiekun prawny złożył papiery o nauczanie indywidualne w domu. Nie chodziłam już do szkoły i szczerze mówiąc trochę mi tego brakowało. Przynajmniej nie czułam się tak samotnie, jak teraz. No i miałam całkiem dobre oceny, bez problemu zdałabym do liceum.
- Azphel...
- Znam ten ton Ashley. Czego chcesz?
Speszyłam się świadoma tego, jak absurdalna jest moja prośba, ale nie zaszkodzi spróbować, prawda?
- Czy mogłabym wrócić do szkoły? Niekoniecznie do tej samej, ale ogólnie znów móc chodzić do gimnazjum? Wiem, że mam spore zaległości, ale dam radę to nadrobić...
- Ale po co? Jeśli przejdziesz przez Wrota, zostaniesz na Dworze Aniołów. Tam jest twoje miejsce. Nie potrzebna ci ziemska wiedza. Powinnaś bardziej przykładać się do treningów. Mogę również użyczyć ci kilka ksiąg o zwyczajach Anielskich, jednak nie widzę powodu, byś miała wrócić do szkoły. Poza tym to zbyt niebezpieczne. Gdyby ktoś zauważył twoje rany po snach...
- Jasne, rozumiem. Chciałam tylko spędzić trochę czasu z ludźmi. Ciebie zazwyczaj nie ma, a nawet jeśli, to bez obrazy, ale wolę już rozmawiać ze sobą.
Spuściłam wzrok, by nie widzieć zbolałej twarzy Azphela. Było mi głupio, bądź co bądź uratował mnie i uwolnił od sierocińca. Problem w tym, że tak naprawdę go nie znałam. Potrzebowałam kontaktu z kimś... normalnym. Usłyszałam ciche westchnienie Azphela, sugerujące, że ma mnie już dość. Podniosłam głowę i spojrzałam mu w oczy. ''Jeśli wzrok szczeniaka go nie przekona, to się poddaję''. - Stwierdziłam.
- Nie puszczę cię do szkoły, ale możesz wychodzić do miasta. Jest jedno, dwa kilometry stąd. Przystanek autobusowy znajduje się bardzo blisko. Pasuje?
Podskoczyłam z radości i pędem pobiegłam do pokoju po czarny płaszcz.  Przeczesałam palcami krótkie, zmierzwione blond włosy, uznając, że nie jest tragicznie. Gdy stałam w progu, mój opiekun podszedł do mnie i wręczył kolejny pakunek. To już dwa prezenty na dzień. Szaleństwo.
- Chcę, żebyś miała go zawsze przy sobie. Nigdy nie wiadomo, na co trafisz w mieście. Może nie jest tak skuteczny jak miecz, ale...
- Dziękuję. Za wszystko. - Odparłam, odwijając sztylet i przytraczając go do paska. Miał kilka runicznych symboli, prostą rękojeść, krótki jelec i 15 centymetrowe ostrze ze stali. Uśmiechnęłam się z myślą, że Azphel musi popracować nad podarunkami dla dziewczyn. Wychodząc, prawie zapomniałam o starciu z Rothanem. Prawie.
           Przystanek był rzeczywiście niedaleko, zaledwie 3 minuty marszem. Gdy wsiadłam do autobusu,  przez pierwsze 30 minut siedziałam sama, niewielu ludzi mieszkało w okolicy. Kiedy zaczęliśmy się zbliżać do miasta, wsiadło znacznie więcej osób. Obserwowałam grupkę szesnastolatków, która widocznie skończyła lekcje. Ubrani luźno, przepychali się i śmiali. Wśród nich była para, która najwidoczniej nie widziała świata poza sobą. Nieco z boku stał oparty o słupek brunet. Patrzył przez okno niewidzącym wzrokiem, zamyślony. Zaciekawiły mnie jego oczy, koloru burzowego nieba. Skórzana kurtka była rozpięta, pod spodem miał biały podkoszulek. Dostrzegłam rysujące się pod nim mięśnie. Poczułam, jak czerwienieją mi uszy. Zawstydzona sięgnęłam do plecaka po notes i kredki - nieodłączny element mojego ekwipunku. Miałam zamiar narysować tajemniczego chłopaka. Skupiając się na oddaniu jego sylwetki, nie zauważyłam, że mój model patrzy mi przez ramię. Kiedy kończyłam kolorować oczy, odezwał się, a ja omal nie dostałam zawału.
- Całkiem nieźle, ale chyba jestem nieco wyższy.
Zasłoniłam notes i spojrzałam na rozmówcę. Wydawał się być arogancki i z takiej perspektywy robił gorsze wrażenie.
- Chciałbyś, co? Przykro mi, ale rysuję to, co widzę. Jesteś dosyć przeciętnego wzrostu. - Uśmiechnęłam się z przekąsem. Chłopak jednak nie dał się zbić z tropu.
- Za to nadrabiam muskulaturą. Co zauważyłaś, jak widzę.
Spłonęłam rumieńcem, odwracając wzrok.
- Jestem Axel, a ty? - Uścisnęłam krótko wyciągniętą dłoń.
- Ashley, ale wystarczy Ashe.
Axel usiadł obok, ignorując nawoływania towarzyszy.
- Nie dołączysz do nich?
- Nie. Są... nudni. Dużo bardziej interesuje mnie twoja osoba.
Tym razem jego uwaga nie wywołała u mnie fali rumieńców. Postanowiłam nie dać się oczarować temu cwaniakowi.
- A co takiego jest we mnie interesującego?
- Chociażby fakt, że jesteś tu sama i wnioskując po zawartości plecaka nie chodzisz do szkoły. Poza tym moja intuicja mnie nigdy nie myli. Znam się na ludziach. Co więcej... - Przerwał na chwilę i zanim zdążyłam zareagować wyrwał mój notes. - ... twoje rysunki są bardzo... mroczne.
- Są jakie są i tyle. Co cię to obchodzi?
- Jak już mówiłem, jesteś interesująca. Dlaczego akurat demony?
- Może to jestem prawdziwa ja? - Mrugnęłam i wyszłam z autobusu, który w odpowiednim momencie stanął na ostatnim przystanku.
To co zobaczyłam ciężko było nazwać miastem. Ot, kilka sklepów wzdłuż głównej ulicy. Królowały nad nimi dwa budynki : stary kościół oraz ratusz. Ruszyłam w kierunki wąskiej uliczki. Nie chciałam iść główną drogą. Gdy już odbijałam w lewo, poczułam czyjąś dłoń na ramieniu. Spanikowana, przerzuciłam przeciwnika zza pleców i wykręciłam rękę.